RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

a kiedy w końcu wszystkie strachy odeszły…

28 paź

- przestaję się dziwić, że większość małżeństw rozstaje się po tym jak wywalczą życie dziecka… – stwierdziła Jenn ze łzami w oczach.

Wcześniej zastanawiałyśmy się nad tym parokrotnie, zważywszy, że wiemy, jak w obliczu problemów dotyczących dzieci, my stajemy twardym, wspólnym frontem.
Tym razem było nam to dane bardziej niż zrozumieć, dane nam było tego niemal doświadczyć na naszej rodzinie.
Ponad miesiąc spędzony w samochodach, szpitalach i sądach, kiedy nie miałyśmy chwili czasu dla siebie czy na normalną pracę. Zasypiałyśmy wtulone w siebie tylko po to, by za parę krótkich godzin wstać i znów pędzić. Nasze rozmowy oscylowały głównie wokół medycyny, lekarzy, tego, co jeszcze „ciekawego” może wymyślić nudzący się Lex ze swoim sztabem prawników, żeby utrudnić nam życie, a czasami dochodziły pilne codzienne sprawy. Spędzałyśmy godziny w szpitalnych salach i poczekalniach starając się z całych sił wierzyć w czuwające nad nami Anioły, i błagając, by skupiały się nad pozytywnym rozwiązaniem spraw. Ze szpitali jeździłyśmy do sądów, albo zobaczyć się z dzieckiem aktualnie nie przebywającym w szpitalnym łóżku.
W pewnym momencie zaczęły się nam kończyć siły, oszczędności i optymizm, a na dokładkę sypało się po prostu wszystko, bez wyjątku, co tylko mogło.
Trzymałyśmy się dzielnie, skupiając na przetrwaniu i wspieraniu młodych oraz siebie nawzajem, aż w końcu nadeszła ta chwila, na którą czekałyśmy ostatkami sił. Skompletowanie całej rodziny w domu i zakończenie tułaczek po placówkach medycznych.
Pamiętna trasa, podczas której pędzący z naprzeciwka oszołom zepchnął Jenn z drogi i skończyło się zniszczonymi kołami.
Zostawiając uszkodzony mobil na poboczu, dojechałyśmy w końcu pod bramę posesji i okazało się, że znów silniki odmówiły posłuszeństwa, i tym razem do tego stopnia, że musiałyśmy zostawić auto na zewnątrz.
Nadzieja na to, że w końcu usiądziemy na kanapie z kubkiem gorącej herbaty legła w gruzach po raz kolejny.
Wtedy padło pierwsze warknięcie. Spiralą zmęczenia doszłyśmy do dość ostrej scysji, która wyciszyła się dopiero, kiedy pojechałyśmy z kołami po Jenn’owy pojazd.
Zrzuciłyśmy całą sprawę na zmęczenie i pogodzone zasnęłyśmy.
Na drugi dzień pojechałyśmy po Li nocującą u przyjaciółki i szczęśliwe ze skompletowania rodziny wróciłyśmy do domu.
Nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić.
Dziewczynki od samego wejścia zaczęły się sprzeczać i szarpać, Jenn je zestrofowała, we mnie odezwał się instynkt lwicy broniącej młodych, od słowa do słowa, w miarę spokojna wymiana zdań zmieniła się w wojnę, jakiej dotąd chyba jeszcze nie miałyśmy. Mimo pozornie stonowanej formy, niemal fizycznie wyczuć można było jak lód skuwa powietrze między nami, jak rośnie między nami gruby mur. A może właśnie brak nawet jednego krzyku sprawił, że parę godzin później doszło do granicznej u nas wymiany zdań..
- czy mnie jeszcze kochasz?
- miłość to nie wszystko
- co dalej z nami?
- nie wiem..
- właśnie to zrozumiałam.. przestaję się dziwić, że większość małżeństw rozpada się po tym, jak wywalczą życie dziecka… mimo tego, że wcześniej stoją twardo u swego boku. kiedy odpuszcza cały ten stres, kiedy powinno się zacząć cieszyć że już po wszystkim… naprawdę… rozumiem…

Tej nocy po raz pierwszy od lat nie spałyśmy razem. Po raz pierwszy od lat nie pogodziłyśmy się tego dnia.
Po raz pierwszy, pomimo uczuć i pragnień, nie wiedziałyśmy, czy przetrwamy.

by Nikki

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

eco driving w dwóch wydaniach ;)

27 paź

W artykule o oszczędzaniu paliwa [a dwa auta w domu, w tym paliwożerny SUV zmuszają niestety do takiej lektury] znalazłyśmy takie oto zdanie:
„Najekonomiczniejsza dla spalania jest prędkość 80-90 km/h” – co, jak to u nas często bywa, wywołało krótką wymianę spostrzeżeń „między nami kierowcami” ;)

J: no widzisz? widzisz! ja jeżdżę bardzo ekonomicznie! 80-90 na godzinę, nawet na autostradzie!
N: ależ Kochanie, ja też jeżdżę zwykle 80-90, nawet w terenie zabudowanym ;)

by Nikki

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Perełka motoryzacyjna ;)

26 paź

Trole siedzą w pokoju, Lu grzebie w necie.
Otwiera przeglądarkę i wyskakuje jej reklama Toyoty.

- w dupie mam toyotę! – stwierdza poirytowana [jesteśmy na etapie „wulgaryzująca nastolatka czuje się trendi”. Otwiera drugą stronę, i znów wyskakuje jej reklama, tym razem Skody – w dupie mam skodę!

Na co Li, węsząc okazję do docinki:

- wielką masz tę dupę, skoro Ci się tam dwa samochody zmieściły!

by Nikki

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak uniknęłam oskarżenia o napaść na nauczyciela..

23 paź

Czarna passa trwa.. brakuje mi już pomysłów jak ją odczarować, ominąć, olewać..
Dzień za dniem, godzina za godziną, psuje się, wali, kolejna rzecz czy sprawa.

Wczoraj Li poszła pierwszy raz do szkoły bez łupki zabezpieczającej łapkę. Weszłyśmy z nią, poprosiłyśmy wychowawczynię, aby porozmawiała z nauczycielami, że brak usztywnienia nie oznacza pełnej sprawności i możliwości pisania bez ograniczeń, a następnie pojechałyśmy załatwiać nasze sprawy, popracować.

- Li przysłała prośbę o kontakt – stwierdziła Jenn zerkając na mój ćwierkający telefon
- oddzwoń do niej, pewnie jakiś nauczyciel ma problem z notatką jaką wpisałam do zeszytu i chce się pokłócić co oznacza możliwość pisania w ograniczonym zakresie – rzuciłam skupiając się na monitorze. Jenn wyszła na papierosa i oddzwonić [mamy kijowy zasięg w domu], po czym wróciła wściekła.
- nie zaczynaj nic kolejnego, musimy jechać po Li, kolega ją popchnął i uszkodziła prawą rękę. Mówi, że ją boli, zwłaszcza jak rusza..

Co robić? Wybiegłyśmy z domu zabierając ze sobą teczkę medyczną młodej i widząc, że kolejny kwadrans później, kiedy podjechałyśmy pod szkołę, Trol nadal cierpi, pognałyśmy znowu do szpitala na SOR.
Modliłyśmy się tylko o to, by przeszczep nie poszedł w drzazgi.
Dzięki Bogu skończyło się tylko na dość mocnym obiciu i powrocie do łupki na pewien czas.

Dopytałyśmy też dziecko JAK dokładnie to się stało, i okazało się, że nauczyciel w-f’u kazał Li.. przenosić ławki na sali gimnastycznej, a pomagać jej miała przyjaciółka, która od wakacji miała nogę w gipsie przez złamaną kostkę i nadal chodzi o kulach.
Kolega, który chciał dziewczynkom pomóc został opierniczony i zawrócony na boisko, i zanim zawrócił, wpadli na siebie z Li. Normalna sprawa, zdarza się. Ale jakby tego było mało, nauczyciel nie wykazał nawet zbytniego zainteresowania wypadkiem, dopiero po tym jak kolega oświadczył, że zabiera Li do pielęgniarki i wrócili odbijając się od drzwi gabinetu, spytał, czy ją boli, i na twierdzącą odpowiedź kazał jej wyłącznie usiąść z boku. Ot, ‚pełna i kompetentna opieka’ człowieka po AWF-ie mającego na sali dziecko nawet nie cztery tygodnie po przeszczepie kości, które na tę właśnie dłoń upadło.
Na szczęście Trole mają zezwolenie dyrekcji na posiadanie w szkole komórek [przepisy szkoły zabraniają], więc po lekcji Li sama zadzwoniła do nas z informacją co się stało.

Muszę pisać, że ogarnęła mnie po prostu furia?
Na szczęście wyszłyśmy ze szpitala dopiero w okolicach 15, więc nie miałam jak dopaść delikwenta w swoje ręce. A do rana opanowałam się na tyle, że zamiast iść i nawtykać facetowi to, co mi na wątrobie urosło, umówiłam się z dyrektorką szkoły na rozmowę. A raczej na oficjalne złożenie skargi i podania o to, by Li, zamiast gnuśnieć na ławce na sali gimnastycznej, chodziła w tym czasie na inne zajęcia albo do biblioteki.
Jak się okazało, całością sytuacji nie tylko my byłyśmy mocno poruszone, i podanie ma co prawda zostać rozpatrzone, ale już mamy obietnicę, że na czas w-f’u Li będzie chodzić na dodatkowe polskie, muzykę albo po prostu do czytelni.
Rozmawiałyśmy też z nauczycielem, który… udawał, że „nie wiedział” o stanie Li, ponieważ „siedzi tu na dole i newsy go omijają”. Jak to podsumowała młoda:
- przecież czytał Twoje informacje w zeszycie, widział zwolnienie na cały rok, i wychowawczyni rozmawiała ze wszystkimi.
I ja się z sarkazmem w jej głosie zgadzam, bo jeżeli nawet woźne wiedzą, to nauczyciel otrzymujący zwolnienie z zajęć fizycznych wydane przez oddział szpitalny i bynajmniej w piwnicy nie przykuty, raczej domyśla się, że to nie dlatego, żeby się nie spociła. Podobnie jak jego wersja całości była całkowicie inna od wersji dzieci [sztuk paru niezależnie], oraz przepełniona troskliwym zajmowaniem się ofiarą zdarzenia, więc jakoś podważa to całkiem wiarygodność jego słów.

Przy okazji parogodzinnego pobytu w szpitalu odebrałyśmy też ostatni hist-pat. Znów inny od dotychczasowych badań, ale, jak stwierdził profesor G, widząc co było w polu operacyjnym, on nie zgadza się z nim całkowicie, będzie więc konsultował się z lekarzem to ostatnie przeprowadzającym.
Tak więc mamy: cztery różne wydane diagnozy, genialnego onkologa, który operował Li i się z żadną z nich nie zgadza, brak materiału do kolejnej powtórki hist-pat i totalny mętlik w głowach.
Na szczęście w centrum tego wszystkiego jest bardzo dzielna dziesięciolatka, która swoją dojrzałością, spokojem i odpornością na te wszystkie procedury medyczne oraz wielką niewiadomą, reaguje znacznie lepiej niż my wszyscy razem wzięci.

Co do reszty tego co się nam wali, to szkoda już paznokci.. Jestem przekonana, że zawalić się może wszystko, nawet niemożliwe, a częstotliwość jednego po drugim można by uznać za rodzaj plagi egipskiej.

Ja w każdym razie zaczęłam nowe ćwiczenie: każdego dnia znaleźć pięć rzeczy, które mnie ucieszyły. I jakoś daję radę ;)

by Nikki

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jakaś p*********na czarna seria?

19 paź

Kuźwa, jakaś czarna seria się nam przykleiła.
Miałam wpisać notkę pełną radości, bo nam Lu lekarz wypuścił dwa dni przed prognozowanym terminem do domu. jupi. do tego nasz ulubiony mechanik naprawił bez horrendalnych kosztów sprzęgło, które spierniczyło się Jenn przy ostatnim powrocie ze szpitala.
Ale chyba nie mam już dzisiaj siły na radość. Najpierw okazało się, że nikt nie podejmie się wyjęcia urwanej świecy z silnika głównego auta, więc czeka nas znów cała zima odpalania na plaka, chyba, że zapłacimy za naprawę półtorej tysiąca.
Później jakiś sk****iel zepchnął Jenn z drogi, dokładnie tam, gdzie trzy dni temu kobieta skosiła mi lusterko [droga jest szerokości jednego auta, zamiast pobocza dziury i pozrywany asfalt, przejechać tamtędy to masakra, a nikt nie chce jej zrobić, mimo, że to jedyna droga w tę stronę] i rozwaliła na poboczu dwie nowiutkie opony, czyli kolejne parę setek w plecy. Do tego była w miejscu bez zasięgu, i cudem po dłuższym czasie udało jej się do mnie dodzwonić żebym zawróciła ją zabrać.
Jak już z ledwie funkcjonującym z bólu dzieckiem zawróciłam po nią, przejeżdżając ponownie przez kilometr robót drogowych i ruchu wahadłowego w godzinach szczytu, postanowiłyśmy wjechać na pocztę odebrać list, który przyszedł jak byłyśmy w szpitalu.
Weszłam do urzędu i uznałam, że chociaż tu będzie ok, trzy osoby w środku, z czego dwie już obsługiwane.
28 pie*****nych minut. Czekałam 28 minut by odebrać jedną mało istotną kopertę. Wychodząc i widząc, że uzbierało się w środku kilkanaście osób miałam ochotę je ostrzec, że przed niedzielą raczej do okienka nie dojdą.
I w końcu dojechałyśmy do domu.. Nareszcie.. Gdyby nie to, że zepsuła się brama i nie da rady jej otworzyć nawet awaryjnie, co oznacza, że auta będziemy musiały zostawić na wąskiej drodze między murem a rowem, gdzie szczeniaki sąsiadów urządzają sobie po nocach rajdy.

K***a! Jedyne co mam ochotę stwierdzić po tych „rozkosznych” paru godzinach, to „kto się dziś ze mną napije, bo więcej nie zdzierżę”, ale się k***a boję wypić w takiej sytuacji cokolwiek, bo mam nieodparte wrażenie, że wtedy stanie się coś takiego, że będę musiała być trzeźwa.

No nic, idę łyknąć coś na ból głowy, bo nas jeszcze czeka powrót 20km po auto i walka z wymianą kół, a zaczyna się robić zimno, i niedługo będzie ciemno.

Niech mnie ktoś zastrzeli zanim ja kogoś utłukę…

by zmęczona jak diabli Nikki.

Dopisek:
na miejscu, przy aucie okazało się, że alusy, których moja kobieta sobie zażyczyła latem mają klapki z jakimś specjalnym kluczykiem, a my nie mamy kluczyka, na szczęście po pewnym czasie pojawił się z zapytaniem czy pomóc ludź, który poradził sobie jakoś z ich otwarciem i nawet wymienił nam koła.. i dobrze, bo jak nawet jemu auto spadło parę razy z lewarka [paskudny, niestabilny grunt], to my byśmy pewnie nawywijały jeszcze bardziej.
a jakby tego było mało, kiedy miałyśmy odjeżdżać, okazało się, że Jenn rusza, a mój mobil poinformował mnie radosnym błyskaniem, że znów padł transponder w kluczyku i nigdzie nie pojadę… co prawda na szczęście miałam zapasowy stary, posklejany taśmą, ale nie zmienia to faktu, że ki wie czemu, ten dorabiany znów padł, i tym razem już nie uwzględnią nam reklamacji. i kolejne 350 zł na minusie…
boję się dotknąć czegokolwiek i zaczynam marzyć o tym, żeby się ten dzień już skończył.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lu, nasza mimoza ;)

16 paź

No i wykrakałam, Lu po pobraniu krwi, niczym mimoza, w drodze do pokoju spłynęła mi na podłogę przybierając kolor dosłownie biało-szary. Na szczęście błyskawicznie wokół pojawiło się mnóstwo pielęgniarek, i po docuceniu młodej zapakowały ją na wózek, i resztę korytarza Lu pokonała na szpitalnej „bryczce”.
Chyba pierwszy raz w życiu widziałam kogoś tak centralnie omdlałego, z sinymi ustami i dochodzącego do siebie przez dość długą chwilę. Drastyczne dosyć.

Lu trafiła do sali dla… dorosłych. Na dziecięcych nie było miejsca, w związku z czym też, nie było miejsca, żebym mogła z córą tam zostać, i ma do towarzystwa dwie miłe panie w wieku mojej mamy, które, jak się okazało zajmują się nią w związku z naszą nieobecnością, czyli gawędzą sobie z nią, chodzą po szpitalu i tak dalej :)

A zaraz, pomimo bardzo wczesnej pory uciekamy spać, bo jutro o 7:45 młoda idzie na blok, więc musimy wyjechać o 6 rano, aby zdążyć do niej dojechać zanim ją zabiorą.. Jak tylko Trole skończą rozmawiać przez telefon, bo w związku z brakiem kontaktu face to face, włącza im się w końcu przyjacielskie siostrzane gadanie ;) ale przynajmniej Li mogła pocieszyć siostrę opowiadając jej z własnych doświadczeń jak to jest po operacjach…

by Nikki, znów w biegu

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Weź głęboki oddech Lu :)

15 paź

A jutro o poranku znów szpital. Tym razem wycięcie Lu wszystkich trzech migdałów na które czekałyśmy… ponad rok! to się nazywa służba zdrowia, no nie?
W każdym razie staramy się być dobrej myśli, bo mimo, że Lu jest panikarą i histeryczką ze skłonnościami do przesady, i na 90% zemdleje przy zakładaniu wenflonu [robi się zielona nawet na słowo "krew", a na widok choćby kropli po prostu pada], to nawet ona już nie może się doczekać, kiedy będzie w końcu mogła oddychać swobodnie i przestanie wiecznie się podduszać :)
A co mnie rozkłada najbardziej?
Li po cięciu kości była w szpitalu krócej niż Lu po migdałkach. Lu będzie tam tyle samo, ile Li, kiedy miała przeszczep.

W każdym razie powinnyśmy mieć w tym tygodniu wyniki hist-pat, ale konsultację musimy przełożyć na przyszły tydzień.
A po niej, mamy nadzieję, wracamy do trybu „szpital tylko jak widzimy kość na wierzchu w celu zagipsowania ofiary” ;)

by zmęczona kitlami Nikki

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ciekawa „ankietka”

12 paź

- mamo, a co to są barbituriany?
- yyy, nie wiem, a co?
- a bo wypełniam ankietę i tu jest pytanie czy brałam barbituriany albo inne narkotyki.

Hmm… pierwszą moją myślą było „ups, coś niedouczona chyba jestem”, ale czy powinnam się martwić, czy cieszyć z tego, że ani ja, ani moje pociechy nie wiemy co to takiego?
A ankieta? Abstrakcja jakaś. Trzy kartki do oddania wychowawcy. Dwie dla ucznia, jedna dla rodziców. Niby anonimowa, ale nie wiem czemu, odnoszę wrażenie, że jako nauczyciel swoich dzieciaków bez najmniejszego problemu rozpoznałabym która ankieta jest czyja. Po piśmie, po wpisanych danych takich jak „ile masz braci” i „ile sióstr”, „sytuacja rodzinna”..
A dalej pytania z serii: czy brałeś udział w dręczeniu innego ucznia w ciągu ostatnich dwóch miesięcy? Jak często ostatnio palisz tytoń? Czy wypiłeś kiedykolwiek tak dużo alkoholu, że czułeś się naprawdę pijany? Jak często obecnie bierzesz narkotyki i jakie?

No LOL, już widzę tych szkolnych łobuzów wpisujących jak na spowiedzi jakie pijają alkohole [wie ktoś iloprocentowe są tanie winiawki? bo nie sądzę, by dzieciaki ze szkół popijały, jak tam wymieniono „smirnoff ice, bacardi, sobieski impress, breezer, wódkę, piwo, wino czy inne napoje wysokoalkoholowe” z częstotliwością „często” ;)
A skoro już tak pięknie podają smarkaczom spis marek, to gdzie Izzy z biedronki? Gdzie likiery? :P
No bo co miałyby wpisać na przykład takie Trole, gdyby chciały nam podciągać alkohole? Nie wszystko mogłyby podciągnąć po „wysokoprocentowe”, a one są baaardzo skrupulatne ;)
Podobnie jak już widzę te iksiki w tabelce ze spisem narkotyków wpisywane przez rozkosznych uczniów naszych szkół podstawowych… mimo, że, z wieści przez młode przynoszonych, podobno można było je kupić na szkolnym boisku w zeszłym roku, w tym – nie wiedzą..

Ale oczywiście później będziemy czytać o rewelacyjnych statystykach, według których w szkołach mamy same aniołki co nie piją, nie biją, nie palą, noszą warkoczyki i krawatki, a do tego są ofiarami przemocy.
Nie wiem, czy z tej akurat, ale we wpisywanie w ten sposób prawdy przez dzieciaki, które „mają za uszami”, jakoś trudno mi uwierzyć ;)

by Nikki

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

75 dni walki ze sobą.

10 paź

Dziś, zamiast wrócić do domu i przysiąść w końcu solidnie do pracy, zaraz po odwiezieniu Troli do szkoły, pojechałyśmy polować na… prezenty gwiazdkowe dla nich :D
I upolowałyśmy!
I jesteśmy takie takie taaaakie [wyciągnijcie ręce najwyżej jak potraficie do góry.. podskoczcie teraz... i to jeszcze jest za nisko, by pokazać jakie "takie" ;) ] zadowolone :D

Już je sprawdziłyśmy w każdy istotny sposób i nasze zadowolenie sięgnęło niemal zenitu ;)
Fakt, to „wymarzone, wymarzone” ma inne logo, ale jeżeli marzenia dotyczyłyby tylko marki, za którą musiałybyśmy zapłacić grubo ponad tysiąc na sztuce więcej, to skończymy wypruwać sobie flaki na tych marzeń spełnianie i następnym razem dostaną, jak my w dzieciństwie, skarpetki, pomarańcze i orzechy włoskie :P

Tylko weź tu teraz człowieku nie pęknij i nie daj im ich za wcześnie, mimo, że mnóstwo okazji się napatoczy…
Ale nie możemy, nie nie, musimy być twarde!
Odliczanie do gwiazdki oficjalnie rozpoczynamy! :D

tylko ciiii!, nie wygadajcie im się! ;)

by Nikki

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kolorowe wstęgi w łazience :)

08 paź

Byłyśmy dziś zdjąć szwy :)
Jedno krótkie pociągnięcie i po wszystkim :)
Lekarzowi strasznie spodobał się fioletowy bandaż Li, i aż zapytał, czy na zmianę mamy drugi taki, czy może założyć biały ;)
Po zdjęciu szwów tym razem nic się nie rozeszło, a strupki, w które była wrośnięta nić odpadły parę godzin później pozostawiając piękny, leciutki ślad. Zapowiada się na to, że poza fragmentem, który „załatwił” jej poprzedni chirurg-rzeźnik, nie będzie na łapce śladu po zabiegu. Małe cudo a jak cieszy..
Dostałyśmy też pozwolenie na stosowanie już maści przeciw bliznom, więc doświadczenia i maści zdobyte przy zeszłorocznej „przygodzie” Li, z ogniskiem u ojca, poszły przed chwilą do użytku :)
W domu też może już chodzić bez łupki i ćwiczyć, bo nie jest jeszcze w stanie zginać palców, ale to ponoć ma przejść po rehabilitacji, więc się nie martwimy :)
Od jutra nasze życie wraca już całkiem do względnej normy, a Li do szkoły, nadrabiać miesięczne zaległości.
Najwyższa pora, bo trzeba popracować na wymarzone prezenty dziewczyn, pod choinkę ;)

A póki co, w łazience schną kolorowe bandaże: żółte, błękitne, fioletowe… tylko czarny nie wyszedł.. musimy jutro kupić takie najtańsze, bo te „lepsze” mają syntetyczne domieszki i nie łapią tak intensywnie kolorów ;)

by Nikki

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • Facebook