RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

Paskudztwom mówimy stanowcze nie! ;)

29 wrz

Jest 23:00, właśnie weszłyśmy do domu.
To był bardzo długi dzień, ale jak inny od tego z poprzedniej operacji.
Zaczęło się od tego, że zawrócono nam dziecko z bloku operacyjnego.
Ponieważ Li jest pod opieką samego ordynatora, mimo wcześniejszej informacji, że jako „starszak” na pewno nie pójdzie na zabieg w pierwszej kolejności, zanim skończył się obchód po oddziale, nasze maleństwo wyjechało na przedoperacyjną, a my trafiłyśmy ponownie do anestezjolog na przepytywanie. Ależ się nasz lekarz wściekł jak się o tym dowiedział.. Miałyśmy okazję dokładnie zaobserwować to, co wpisywała jedna z czytelniczek o tym, że chirurg na współpracowników ma prawo nawet bluzgać.. Na współpracowników. Jak tylko wszystkich porozganiał do niedopilnowanych zadań, i wyjął nasze dziecko z bloku na kolejne badania, przyszedł porozmawiać z nami i odpowiedział na wszelkie pytania, nawet na „dlaczego chce pan zrobić tak a nie tak”, czyli chyba najgorsze, jakie można zadać specjaliście, ale które po prostu musiałam zadać, kiedy okazało się, że leczenie pójdzie nieco innym torem..
Uśmiech, spokój, cierpliwe wytłumaczenie dlaczego ewentualne [i na szczęście wciąż małe] ryzyko nawrotów jest na ten moment lepszą opcją niż pójście w całkowitą wymianę kości, spokojny ton.. Po czymś takim nie przejmowałam się nawet zbytnio tym, że śmigałyśmy ze wstępnie „trzepniętym” dzieckiem na łóżku, po szpitalu, czy że w końcu zaczęła marudzić z głodu. Totalny spokój.

W końcu zabrali ją ponownie.
Zapowiadana godzina rozciągnęła do ponad dwóch, ale to z powodu zmian w anestetyce i ostrożności w wybudzaniu Li, by uniknąć ponownych problemów z Aspergherem.
Udało się cudownie, córcia wróciła do nas spokojna, uśmiechnięta, bez duszności i zaraz po wymienieniu czułości i jej wrażeń z sali [nie dostała typowego "głupiego jasia", była usypiana od razu dożylnie, więc pamięta wszystko poza czasem spania], zasnęła ponownie jak aniołek i przespała, z małymi przerwami, większość popołudnia.
Wszystko spokojnie, miło, z pełną troską o dziecko.
Okazało się też, że ponownie poszły wycinki na histopatologię, bo po otwarciu guz budził podejrzenie jednak w inną stronę niż wyszło z poprzedniego wyniku, ale tym razem spokojnie czekamy. Wiemy już co i jak, ile czasu i dlaczego, a najważniejsze, paskudztwa nie ma już w dłoni naszego maleństwa.. nie goni nas już tak czas i strach.

Nawet powrót do jedzenia poszedł tym razem gładko i bez sensacji ;)
Wszystko dokładnie tak, jak zawsze sądziłam, że powinno to wyglądać :)

Dopiero pod wieczór zaczęło być nieco problematycznie, kiedy leki przeciwbólowe nie chciały działać, ale i na to, po sugestii, co działało poprzednio, lekarz zaordynował zmianę i w końcu nasza umęczona mała była w stanie zasnąć, a my mogłyśmy wrócić do domu..

Z telefonem pod poduszką, na wypadek, gdyby Li zadzwoniła żebym przyjechała, idę spać. Ale po dzisiejszym dniu mam wrażenie, że najbliższe sześć godzin będzie dla nas przepełnione w końcu spokojnym i niezakłóconym snem.
Dobrej nocy wszystkim.

Dobranoc Aniołku w szpitalnym łóżku.

by Nikki

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Uwaga, nie dla osób o słabych nerwach!

27 wrz

Li w szpitalu. Jutro operacja.
Wróciłyśmy do domu po 15 godzinach od wyjścia, z małą tylko przerwą na uzupełnienie szpitalnych braków.
Najpierw o godzinie 7:30 pierwsze oględziny przez jej lekarza, później trzy godziny na izbie przyjęć w celu założenia karty i kolejnych oględzin lekarza innego, później wędrówka na oddział i dostałyśmy łóżko.
Następnie pojawiła się Pielęgniarka. Chyba pielęgniarka, bo pierwszy raz w życiu widziałam w tej roli osobę tak chaotyczną, nieprzygotowaną i nie wiedzącą co robi, a kobieta bynajmniej w wieku wskazującym na mały staż, nie była.

- Nie jeść! co wy robicie! – zakrzyknęła od samego wejścia
- Ale pozwolono Li zjeść, jest prawie jedenasta, ona jest głodna, a badanie ma mieć pobrane wyłącznie na panel krzepnięcia i grupę krwi, upewniłam się dwukrotnie w dyżurce -odpowiedziałam zdezorientowana
- Nie wolno jeść! Nieważne! Jeszcze chyba nie będzie za późno! Chodźmy! – no nic, może coś się zmieniło w ostatnie pięć minut, więc odłożyłyśmy kanapki i powędrowałyśmy do zabiegowego.

Li usiadła spokojnie na krzesełku, oparła rękę o stół i czekała, a pani próbowała zdecydować co też powinna zrobić. W międzyczasie wpadła inna stwierdzając „załóż wenflon, bo tu jutro zabieg, to będzie za jednym zamachem”. Dobrze, będzie jedno wkłucie zamiast dwóch.. to teoria..
Pielęgniarka wybrała wenflon, żyłę..
- Nie ta ręka! – zdążyłam zawołać
- Ale czemu?
- Bo ta będzie operowana, a później w gipsie! – tu należałoby nadmienić, że chwilę wcześniej dokładnie informowałam ją jaki zabieg i gdzie będzie przeprowadzany, i Pielęgniarka łapkę sobie oglądała z zaciekawieniem. Dokładnie tę, w którą właśnie próbowała się wkłuć niewiele powyżej nieodpadniętego jeszcze strupka po poprzednim nacięciu.
Przełożyła pasek zaciskowy na drugie ramię, przetarła płynem do dezynfekcji, wybrała żyłę. Wbiła się w pięknie wystającą, prostą żyłę na śródręczu i… pudło. Wyjęła wenflon, przykleiła gazik owijając plastrem całą dłoń dookoła. Wybrała kolejny wenflon, i kolejną żyłę. W załamaniu łokcia. Następnie zaczęła wybierać od nowa i przygotowywać fiolki.
Ja natomiast widząc, że Li powoli blednie patrząc na ten chaos, mimo niezadowolenia Pielęgniarki przetransportowałam się z pozycji widza na pozycję oparcia za plecami dziecka.
Tutaj warto dodać, że łapka cały czas uciśnięta przez te parę minut była opaską, więc kiedy Pielęgniarka wkłuła się ponownie, dużo większym wenflonem i odkręciła korek, krew trysnęła z impetem dookoła. Kobieta przez moment próbowała tę krew łapać do fiolki, trzymanej do góry nogami, szybko jednak puściła rękę Li i… zaczęła szukać korka próbując zatkać wylot wenflonu palcem. Krew tryskała nadal i spływała obficie na stół i podłogę dookoła. W końcu Pielęgniarka znalazła korek i zablokowała wypływ.
Li trzymała się twardo, bez jednego piśnięcia, chociaż widziałam, że widok podłogi wokół z jej krwi sprawia, że mi dziecko zaraz po prostu spłynie z krzesła. Ja na pewno trzymałam się coraz słabiej.

- Może pomogę? – zaoferowałam w pewnym momencie nie mogąc dłużej patrzeć jak Pielęgniarka zakrwawionymi po łokcie [dosłownie!] rękami próbuje odkręcać kolejne fiolki, a poprzednią, całkiem sporą i pełniutką krwi wylewa do śmietnika.
- O tak! będzie pani zakręcać próbówki! – ucieszyła się i podała mi garść zakrwawionych [mimo, że wciąż pustych] fiolek i ponownie odkręciła kurek. Li jest bardzo szczuplutką, długaśną istotą, i zaczęła już powoli „odpływać”, więc w połowie kolejnej fiolki zaczęła „ledwie kapać”, na co Pielęgniarka popuściła pasek i zaczęła kościste ramionko niemal wyciskać jak cytrynę
- Jaka dzielna jesteś! jaka dzielna – powtarzała, chyba bardziej do siebie, nakapując kolejne dwie wielkie fiolki. Czyli w sumie trzy plus ta wylana. Ja tam nie kwestionuję niczyich kompetencji, ale nie bardzo wiem co odpowiedzieć Li, na bardzo słuszne pytanie „skoro to są dwa proste badania, to po co im trzy duże pojemniczki krwi?” No nic, grzecznie stałam z boku, dopasowywałam nakrętki i patrzyłam jak Pielęgniarka stertą gazików i sprayem do dezynfekcji próbuje domywać rękę Li z jej własnej krwi. Calutką zakrwawioną, od łokcia do palców machając nadal nieprzyklejonym wenflonem w jej żyle, a mała próbuje nie zemdleć.
Zabić babę ochotę miałam w szczególności jak jednym wacikiem obcierała jej rękę, później stół, a później, tym samym[!] wenflon.. Dobrze, że podłogi nie obleciała pomiędzy.
Po kwadransie krwawej jatki mogłam w końcu zabrać blade i trzęsące się dziecko do sali..

- Mogę się już położyć? Słabo mi – powiedziała tylko Li, a ja zobaczyłam, że dłużej nie jest w stanie być dzielna, położyła się do łóżka i zaczęła płakać – to było najgorsze pobieranie krwi jakie w życiu miałam! boli mnie ręka! A moja krew była wszędzie! Na podłodze, ściekała ze stołu, na niej, na mnie, to było straszne! Dlaczego aż tyle tego pobierała? Dlaczego wylała całą próbówkę skoro już ją pobrała? Starałam się nawet nie drgnąć, ale teraz nie mogę ruszyć ręką! Cała żyła mnie boli! Nie mogę zginać łokcia! Nie chcę tego szpitala ani operacji!

I powiedz tu dziecku coś pocieszającego..
Nic więc dziwnego, że kiedy Pielęgniarka pojawiła się po pewnym czasie ponownie na sali, Li pobladła na sam jej widok.
- tutaj zgłaszała pani, że brakuje opaski? – no zgłaszałam, przez dobre dwie godziny, że Li nie „oznakowano”, podobnie jak to, że nie dostała poduszki..
Po chwili pojawiła się z opaską i… cholera jasna, nawet ja umiem zapinać szpitalną opaskę, a ta kobieta dopiero po dłuuuższej walce z paskiem doszła do wniosku, że jest on wadliwy. Przyszła z kolejnym, i w końcu jakoś zapięła go. Kiedy wyszła, coś mnie tknęło. Obejrzałam opaskę, bo tak jakoś nie mogłam odczytać napisów. Nie mogłam, bo opaska była założona _na lewą stronę_, czyli przezroczystym okienkiem do dołu, do skóry, i z wypadającą karteczką ukrytą pod ledwie przezroczystą warstwą. Nieszczególnie więc zmartwiłam się też, kiedy opaska… spadła chwilę później. Stwierdziłyśmy z Jenn, że to nie problem, przynajmniej zapniemy ją poprawnie i kiedy przełożyłam karteczkę na właściwą stronę, zobaczyłam DATĘ URODZENIA LI: 27.09.2012.
No, ale może w tym szpitalu są inne zwyczaje. Zweryfikowałam opaskę z paskami innych dzieci na sali, i cóż, tylko Li miała datę przyjęcia zamiast urodzenia. W dyżurce kazali mi poprawić samej. Poprawiłam i zostawiłam temat, ale szczerze? ta kobieta się już do mojego dziecka na pewno nie zbliży, choćby miała to być moja ostatnia wizyta w domu, i notka, do końca pobytu córy w szpitalu.

Na szczęście poza tą jedną dziwną kobietą i parogodzinnym przyjmowaniem na oddział, cała reszta jest jak należy. Nawet uwzględniono upodobania żywieniowe Li, i to nie tylko usuwając jej mięso ze standardowego talerza, ale przygotowując cały posiłek, a lekarz i pani anestezjolog cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania i zanotowali przejścia z poprzednią narkozą Li.
Mamy więc wielką nadzieję, że jutro wszystko pójdzie dobrze i bezproblemowo na tyle, na ile tylko da radę.

A my uciekamy teraz spać, wysłane do domu przez dziecię, które, jak tylko przeszłyśmy wychodząc przez drzwi, wyjęło laptopa i zrobiło szpitalną imprezkę u siebie w łóżku… ;)
Cóż, jutro czeka nas ponownie długi i wyczerpujący psychicznie dzień. Pora odpocząć i zebrać na niego siły.
Dobrej nocki.

by Nikki

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

istotne tylko to co w pierwszej części :)

26 wrz

Już środa.. czas to coś, co bardzo szybko przecieka przez palce, kiedy się na coś czeka.
Jutro o tej porze będziemy już w szpitalu na kolejnych badaniach. Pojutrze, jak dobrze pójdzie, operacja.
Niełatwo było wybrać szpital i specjalistę, teraz mamy nadzieję, że wytypowałyśmy najlepiej jak się dało. Nazwisko bardzo renomowane, specjalista, który podejmuje się nawet dramatycznych przypadków, do tego pasjonat, więc zakładamy, że z naszą Li nie będzie miał żadnych, nawet najmniejszych problemów.
Ale wszystko wyjdzie „w praniu”.
Trzymajcie kciuki, jeszcze te parę dni…

Pozdrawiam, Nikki

ps.: a do oszołomów, którzy wysyłają nam chore wpisy i życzenia gwałtów naszych dzieci, czy „opinie” o fikcji sytuacji skoro piszemy notki:

walcie się na pysk. jeżeli sądzicie, że teraz, w okresie rozbicia i osłabienia, poczujemy się bardziej dotknięte, to się cholernie mylicie.
a to, że właśnie teraz postanowiliście atakować, świadczy tylko o tym, że jesteście najniższego sortu odpadami społecznymi, które uważają, że w anonimowym necie mogą wszystko. tacy mocni jesteście? nie ma problemu, stańcie ze mną prosto w twarz, zobaczymy, czy tacy mocni będziecie jak w necie, kiedy pokażę wam, że bezbronna i słaba to ja jestem tylko kiedy schną mi paznokcie. a wobec tych, którzy śmią atakować moje dzieci nie jestem słaba nigdy. ani mentalnie ani fizycznie. zapraszam.
a póki co, mam taką cudowną opcję jak moderacja, i „kasuj”, których używam zaraz po odpowiednim skopiowaniu i użyciu IP, więc marny wasz trud. na blogu się i tak nie ukaże, a mnie nie dotknie. bo nie jest w stanie zranić mnie coś wyklepanego przed tchórzy o IQ ameby skrzyżowanym z agresją ratlerka [nie ubliżając ratlerkom ani amebom oczywiście] na łączu rodziców, nawet maila wpisując fałszywego.

pisałam już, że lektura tego bloga nie jest ustawowo obowiązkowa?
to jeszcze wbijcie sobie w głowy to, co ujęłam na górze pod nazwą bloga. tak, działa nie tylko pozytywnie.

Nikka.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziwna mieszanka uczuć

24 wrz

Po wyjściu ze szpitala krążyłyśmy pomiędzy ostrym dyżurem z powikłaniami i zatorami żylnymi a badaniami i konsultacjami. Uspokoiło się mniej więcej po 10-12 dniach, kiedy zdjęto Li szwy, skończyła przyjmować końskie dawki antybiotyków i dostałyśmy pozwolenie by poszła do szkoły. Kolejny tydzień upłynął pod znakiem telefonu. Codziennie, od nas na histopatologię i do nas, od znajomych, zaczynających się, niby mimochodem od „co słychać” a nieodmiennie dążących do „nadal nic?”
Poza tym, nasze życie wróciło do względnej normy.
Aż do dziś, kiedy w słuchawce nareszcie usłyszałam:

- tak, badanie zostało zakończone, wynik prześlemy do szpitala..

Znowu trafić w paranoję kolejek, skierowań i terminów? Zwłaszcza w miejscu, do którego za nic nie chciałyśmy wracać? O nie.
Chwilę zajęło mi przekonanie miłej pani w telefonie, że „procedury” to dla mnie mało znaczące słowo. Udało się na tyle skutecznie, że dostałyśmy godzinę czasu by dotrzeć po wyczekaną kartkę zanim trafi ona w tryby maszyny zwanej „chorą służbą zdrowia”. Popędziłyśmy przez miasto, i godzinę później wracałyśmy z wynikiem, uwieszone na telefonach.
Kolejne półtorej godziny później miałyśmy już miejsce i termin przyjęcia do szpitala na operację.
Jeszcze godzina, i wiadomość, że reszta potrzebnych dokumentów i skierowań też już jest..
W międzyczasie tylko na krótki moment dopadła mnie mieszanka „bardziej się boję czy cieszę”..
Cieszę się, to oczywiste. Za kilka dni będziemy po zabiegu.
Boję się. Co będzie w trakcie i po. Chyba każdy by się bał.
Niby wiemy mniej więcej co dalej, a pytania i tak cisną się do przerażonych głów.
Jenn profilaktycznie dołożyła do moich suplementów dodatkową tabletkę. Jakiś uspokajacz.

- co z tego, że masz się świetnie teraz, za parę dni znów będziesz gotowa kogoś zabić, albo będziesz wariować, wolę zapobiegać..

A ja mam w sobie taki zadziwiający spokój i uśmiech.
Bardzo mocno podparty jednym prostym zdaniem zawartym pomiędzy suchą łaciną diagnozy:

„brak znamion zezłośliwienia”

nieważne, że nie uznawałam możliwości zaistnienia innej diagnozy, nieważne, że każdy to powtarzał, wszystko nieważne :)
Jeszcze przez parę dni.. wszystko będzie nieważne.. :)
A jutro Trole jadą na wycieczki szkolne, jak to określiła Lu „można by uznać, że niemal w przeciwległe kierunki” :)

by Nikki

ps.: dziękuję wszystkim za życzenia urodzinowe :)
a szczególnie tym paru osobom, które pamiętały o tym nawet zanim dodałam notkę :)
jesteście WSZYSCY bardzo kochani :*

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

starość nie radość ;)

20 wrz

I się dzisiaj postarzałam znowu ;)
Eh, dwie trójki… czas leci nieubłaganie, pora zacząć dawać kosmetyczce zarabiać zdecydowanie regularniej, zwłaszcza, że ostatnie dwa tygodnie odcisnęły mi się na skórze dosyć solidnie..
Jakieś przemyślenia w związku z powyższym?
Jak większość kobiet, nie cieszę się z faktu oddalania się od tego cudnego okresu bycia młodą i piękną [ ;) a co, bądźmy próżne, choć we wspomnieniach ], ale też zaczynam też doceniać to i owo.
Jak choćby to, że dzieci mam już tak duże, że samodzielnie potrafią zaplanować i przeprowadzić w tajemnicy akcję urodzinową :) Prócz odśpiewywania „stolat” nakłamały dziś starej matce, że zapomniały kurtki ze szkoły i wykorzystały uzyskany w ten sposób czas do tego, żeby przytargać mi do auta własnoręcznie kupiony bukiecik róż i starannie wybrane śliczne kolczyki. Wszystko zakupione za odłożone kieszonkowe.
Fajnie, prawda?

Coś poza tym? hmm… mam nadzieję, że będę już zbyt dojrzała na kryzys potrzydziestkowy ;) ale to dopiero okaże się z czasem ;)

Tyle chyba na ten moment, na ten dzień..
Jakoś weny brak, ale to bardziej wynik tego, że od mojej kobietki z okazji urodzin dostałam bonusowo.. jakiegoś wirusa ;) I leżakujemy sobie teraz na kanapie opiekując się sobą nawzajem..
kliknę cosik jutro jak dojdę do siebie.

pozdrawiam, znów starsza,
Nikki

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zupka kontra miłość

18 wrz

- cholera! Nikki! musisz natychmiast przestać mnie kochać!
- dlaczego?
- bo przez Ciebie nie mam szczęścia w grach losowych! kupiłam sobie zupkę z automatu a nalało mi kawę!

no a ja głupia myślałam, że to się tylko pokera tyczy…

by Nikki

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień trzeci..

14 wrz

Lu poszła do szkoły, a my pognałyśmy do szpitala.
Przyjęto nas z wielką troskliwością, choć jak zwykle rozbrajało mnie, że to do Jenn zwracano się głównie jak do matki… w końcu obie blondynki, obie w czerwonych okularach, obie patykowate w budowie… biodrzasta brunetka nijak nikomu nie pasuje do obrazka ;)

Chirurg, później anestezjolog, pobranie krwi… w końcu Li dostała łóżko i czekałyśmy na wyniki badań, by Li mogła pojechać na operację. Czekanie dłużyło nam się w nieskończoność, zwłaszcza, że Li była głodna, spragniona, a co za tym idzie, coraz bardziej marudna. Około południa w końcu przyszły pielęgniarki i pojechałyśmy na górę, na blok.
Pozwolono mi zostać z nią dopóki „głupi jaś” nie zadziała. Siedziałam przy niej zabawiając ją rozmową i patrzyłam jak robi się coraz bardziej „rozmemłana”, obojętna na wbijane w jej ciało wenflony, rozbierana, aż w końcu oczy zaczęły jej uciekać a słowa, które próbowała jeszcze wypowiadać stały się kompletnie niezrozumiałe. Przyszła pani anestezjolog by dopytać o jej porażenie mięśniowo-nerwowe z dzieciństwa…

- może to głupie, ale potrzebuję tego.. proszę powiedzieć że wszystko… – nawet nie byłam w stanie wypowiedzieć tego zdania do końca, i po raz pierwszy ucieszyłam się, że moje maleństwo jest praktycznie nieprzytomne, bo nie potrafiłam dłużej utrzymać łez..
- że wszystko będzie dobrze? nie mogę tego pani powiedzieć, bo nikt nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć – odpowiedziała, a ja po raz kolejny w ciągu ostatnich dni poczułam jak moje serce miażdży potworny strach, a płuca nie chcą nabrać powietrza – ale mogę panią zapewnić, że pracuję w tym zawodzie od dziesięciu lat, robię około pięciuset usypiań rocznie u dzieci od zera do osiemnastu lat, i jestem doskonale wyszkolona do tego, by każdą sytuację, która może w trakcie zaistnieć, odwrócić. I mogę panią zapewnić, że zrobię WSZYSTKO co w mojej mocy.
- dziękuję. przynajmniej tego potrzebowałam… – wyszeptałam bezsilnie patrząc jak pojawiają się wokół ludzie i wywożą moje dziecko na salę operacyjną. bezsilnie, ale przynajmniej z kroplą zaufania do tej kobiety, od której zależało teraz tak wiele.

Wyproszono mnie na zewnątrz, pozwalając jednak zaczekać na chirurga, który miał ją ciąć. Czekałam słuchając odgłosów krzątaniny wokół Li. Podłączanych monitorów, szczęku układanych narzędzi, wesołych rozmów zespołu.. „o jak ślicznie nam Li zasnęła…”
Po dłuższym czasie z windy wyłonił się Jaśnie Chirurg z miną „mam tytułów sto pocałujcie mnie w…”, i mimo, że przekazywano mu, że mam pytania próbował mnie minąć jak powietrze.

- doktor M?
- słucham – ton głosu miał dokładnie tak samo niemiły i arogancki jak minę.
- nie miałam okazji spytać nikogo, a chciałabym wiedzieć tylko czego mam się spodziewać… jakiej wielkości będzie blizna
- z dupie mam bliznę! dla mnie blizna nie istnieje! – Jaśnie Doktor ryknął tak, żeby na pewno każdy na oddziale słyszał, że ktoś mu święty tyłek raczył zawrócić – tu jest poważna diagnoza a ta się o blizny pyta! tu może nie być ręki to i blizny nie będzie!
- może się źle wyraziłam, chodzi mi o to, czego mam się spodziewać pod opatrunkiem. potrzebuję tylko wiedzieć co pan zakłada – z każdym słowem ton załamania zaczął ustępować potrzebie tej wiedzy i furii rosnącej pod wpływem prychania doktorka i próby ominięcia mnie – i WIEM! jaka jest diagnoza! WIEM! co ją czeka! WIEM! że będzie miała później rozcięte pół ręki! Pytam o to, czego mam się spodziewać TERAZ! Może nie wiem jakimi słowami bo nie umiem w tej chwili myśleć! I nie myślę o tym, czy będzie ładnie wyglądać, tylko chcę tylko wiedzieć czego się spodziewać pod bandażem…
- zobaczy pani jak będzie! a teraz czekać na dole! – cośtam dalej ryczał Urażony Bezdyskusyjny, i nie ukrywam, że pominęłam sporo jego tekstów z powodu słownictwa i wydźwięku…
Wybiegłam przed szpital, bo bałam się, że za chwilę każę odwołać to wszystko zanim ten rzeźnik z kompleksem boga dotknie „przypadku na stole” skalpelem. Zanim jednak zatrzasnęłam za sobą drzwi wyrzuciłam z siebie ostatnim tchem, najspokojniej a jednocześnie najgroźniej jak umiałam
- proszę pamiętać, że LI chce być chirurgiem! a to jej prawa dłoń. I prosiła o ŁADNĄ BLIZNĘ!

Ze strachem i nienawiścią patrzyłam w okna bloku operacyjnego, gdzie Rzeźnik z Kompleksem Boga rozgrzebywał właśnie błoń mojego dziecka. Strachem, bo uświadomiłam sobie, że ścięłam się z tym… zaraz przed tym jak do niej poszedł, co było skrajnie głupie. Z nienawiścią, bo ktoś, komu oddaje się DZIECKO powinien wiedzieć, że nie ma nic gorszego nic rodzic, który widzi, że dla takiego to tylko kawałek mięsa do pocięcia…

Paczka papierosów zniknęła mi błyskawicznie wśród łez i obelg w parku przed szpitalem. Godzinę później pielęgniarki powiedziały, że Li wraca. Czekając pod windą aż ujrzę moje maleństwo zobaczyłam doktora asystującego przy jej operacji.
- panie doktorze, przepraszam, to nie głupia próżność, po prostu złego słowa użyłam. nacięcie. nie blizna. nacięcie. jak duże jest nacięcie? błagam… ja naprawdę potrzebuję to wiedzieć… tylko tyle, jedna mała informacja. proszę…
popatrzył na mnie dziwnie, jakby nie do końca rozumiejąc..
- trochę ponad półtora centymetra…
- dziękuję, bardzo, bardzo dziękuję! naprawdę tylko tego potrzebowałam… – w tym momencie sygnał windy oznajmił, że zza metalowych drzwi wyjedzie Li, więc wróciłam na swoje miejsce wartownicze naprzeciw nich.
- witaj Kochanie, jestem tu… – powiedziałam widząc wykrzywioną w bólu i przerażeniu twarz. złapała mnie za rękę na moment i znów zagłębiła się w braku kontaktu z otoczeniem. podążyłam za nimi do sali, pełna radości z jej odzyskania, nie podejrzewając nawet tego, co dopiero miało się stać..

Następna godzina była najcięższą w naszym życiu. Krzyczące z bólu dziecko próbujące wyrywać z siebie wenflony i czujniki, linia serca na monitorze będąca kompletnym chaosem w niczym nie przypominającym jego bicia, brak z nią jakiegokolwiek kontaktu…
- boli! zabierz to! zdejmij ten gips! wyjmij to ze mnie! chcę do domu! zabierz mnie stąd! do domu! boli! wyjmij to wszystko ze mnie! booooli!!! – a wszytko to w przerwach pomiędzy atakami duszenia się. monitor szalał – podnieś mnie! zabierz stąd! do domu! chcę wstać! JAK MNIE KOCHASZ TO WYJMIJ TO ZE MNIE I ZABIERZ MNIE STĄD!!! OBIECAŁAŚ!!!
Próbowałyśmy opanować ją jakoś nie uszkadzając żadnej z łapek a jednocześnie nie pozwolić by powyrywała z siebie kable i rurki. Filigranowym ciałkiem co chwilę wstrząsały potężne ataki kaszlu i duszności a linia na monitorze robiła się płaska. Anestezjolog wychodziła i wracała…
- miała problem z obudzeniem się, ale powinno być już dobrze..- zaordynowała kolejne leki – proszę spróbować ją uspokoić.
Tiaaa… łatwo powiedzieć, kiedy uśpiony od dawna zespół asperghera opanował mały umysł nie dopuszczając do niej ani nas, ani krążących pielęgniarek, ani nic poza pragnieniem ucieczki od tego wszystkiego. Kiedy pozwolono mi w końcu Li podnieść przytuliłam ją mocno i bezgłośnie wyszeptałam za jej plecami do Jenn
- nie dam rady. nie wytrzymam więcej… następnej operacji… nie mogę…
- idź proszę na papierosa – powiedziała tylko przejmując Li.
Wyszłam, z jednej strony klnąc na siebie, że zostawiam cierpiącą córkę, a z drugiej wiedząc, że w innym wypadku spełnię jej prośby. Że zamknę ją w ramionach i uciekniemy daleko od tego wszystkiego wierząc, że w zaciszu domu pokonamy wszystko. Cały ten ból i strach. Spróbuję przejąć jej cierpienie.
- nienawidzę cię! daj mi jeść! i pić! chcę pić! zabierz mnie! obiecałaś, że wrócimy do domu! obiecałaś! zdejmij to ze mnie! – ‚przynajmniej kontaktuje na tyle, że wie, że to ja’, pomyślałam słysząc po powrocie.

Anestezjolog pojawiła się ponownie, sprawdzić jak działają leki. Minęła godzina od powrotu Li, i powoli sytuacja zaczynała się stabilizować, mała mniej się dusiła, przestała zrywać z siebie czujniki. Lekarka zerknęła na monitor serca.
- nie możliwe by ją tak bolało, miałaby tętno powyżej 140 – fakt, skakało jak oszalałe, ale pomiędzy 80 a 120 – dostała trzy bardzo mocne leki przeciwbólowe
I wyszła a Li nagle otworzyła oczy i z furią w głosie stwierdziła
- czy wy k***a myślicie, że jestem głuchą idiotką?! przecież wiem czy mnie boli!
- Kochanie moje! teraz wiem, że wracasz do normy! – zawołałam radośnie, w tym momencie wiedziałam, że przeszłyśmy barierę kontaktu z nią, a wulgaryzm puściłam mimo uszu sądząc, że to chyba norma po tym, jak dzieciak z sali obok lżył rodziców na czym świat stoi, dużo przytomniejszy… Wiedziałyśmy też w końcu, że słyszy co do niej mówimy. I miałyśmy rację. Powoli Li zaczęła się uspokajać, kreska na monitorze zaczęła wyglądać jak wykres bicia serca a nie awaria. Krzyki ustały przechodząc w żądania i zaczątki dyskusji. Mogłyśmy jej wytłumaczyć że musi jeszcze trochę poczekać na to, by było tak, jak tego chce. Odwóciła się z fochem do ściany i przez chwilę miałyśmy wrażenie, że zasnęła wyczerpana. Korzystając ze stabilizacji sytuacji wyszłyśmy zapalić i ochłonąć. Kiedy wróciłyśmy, Li otworzyła oczy i oświadczyła spokojnie..

- przecież mówiłam, że nie zasnę w dzień..

Kompletny kontrast sytuacji rozłożył nas na łopatki, bo od momentu oprzytomnienia Li sprawowała się bez zarzutu. spokojnie, dojrzale, wytrzymując nawet ból, kiedy środki przestawały działać, a do następnej porcji była jeszcze godzina. Nawet kiedy zaczęła jeść, a co za tym idzie, zwracać, po raz pierwszy w życiu robiła to cicho, sprawnie, do „nereczki”.
Perfekcyjny Pacjent. Pacjent… z amnezją. Zero pamiętania czegokolwiek pomiędzy błękitnym pokojem usypiań i wypiciem „głupiego jasia” a „przecież mówiłam, że..”
Nawet dogadałyśmy się co do tego, że na noc zostanie na oddziale sama byśmy i my mogły się nieco przespać. Tej nocy po raz pierwszy zasnęłyśmy bez łez, bez tabletek i błyskawicznie…

by Nikki

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

48 godzin… part2.

14 wrz

Otwierałam oczy z wielką obawą. Uchyliłam powieki, zaczerpnęłam powietrza, policzyłam do trzech.. odetchnęłam z ulgą. Ten dzień się zapowiadał znacznie lepiej. Szybko przez głowę przemknęły mi urywki ostatniego dnia i poprzedniej nocy. Tym razem jednak było całkiem inaczej. Pozyskana wiedza, ludzie, prognozy, i najważniejsze – każda upływająca godzina, dawały nam spokój i pogodzenie się z nieuchronnym, a jednocześnie świadomość, że w pewnym małym ułamku na to już możemy mieć jakiś wpływ…
Rzuciłam okiem w lustro. No, przynajmniej dziś moja twarz, mimo wciąż wyrysowanego bólu, nie przerażała już zniekształcającymi ją opuchnięciami i zapadnięciami.
Zawiozłyśmy Trole do szkoły, by nie wybijać ich z rytmu. Wróciłyśmy do domu i… okazało się, że nie mamy co robić. Tylko telefon co rusz świergotał z kolejnymi nazwiskami, numerami, kontaktami.. Zaczęło się czekanie i odliczanie. A my zaczynałyśmy być aż dziwnie spokojne, i tylko momentami coś pękało w nas na moment.

Czekanie i niewiadoma. Czekanie na niewiadome. Najgorsze połączenie świata.

A jednak nas zaczynał dopadać kompletny spokój. Z każdą godziną godziłyśmy się z kolejnymi ewentualnościami skupiając się na tym, by zaplanować na każdą najlepszy ciąg dalszy.

Wiecie co się dzieje w umyśle, który potrzebuje się czymś zająć? Zaczynasz myśleć o takich „bzdurach” jak sposoby na zlikwidowanie blizn, i na ukrycie ich zanim znikną. Takie sprawy urastają do olbrzymiej rangi, bo kodują w głowie czas bardzo przyszły, odległy o naście / dziesiąt lat. Wtedy ten bliższy, przerażający i niepewny nie ma możliwości dojść do głosu.

Mózg to zadziwiająca i potężna machina. Jak komputer, otrzymując dane przetwarza je, i włącza odpowiedni tryb, wyłączając to, co według niego jest zbędne na dany moment. W moim przypadku wyłączył: pamięć podręczną, poza paroma zakładkami, i długotrwałą, żołądek, odczuwanie bólu fizycznego i temperatury, agresję. I poczucie czasu. Z jednej strony nie pamiętasz całych godzin, a z drugiej masz wrażenie, że dzień trwał miesiąc.

Nie pamiętam wiele z tego drugiego dnia. Pamiętam za to, jak po południu usiadłam z Li i zapytałam:
- czy masz Kochanie jakieś pytania? Chcesz coś wiedzieć? Czy czegoś się boisz?
Popatrzyła na mnie z powagą
- czy będę coś pamiętać?
- nie
- dlaczego?
- będziesz spać
- będzie bolało jak będą mnie ciąć?
- nie
- ale jak uderzę się przez sen to boli
- bo się budzisz. we śnie nic nie czujesz, nie rejestrujesz.
- a jak się obudzę w trakcie?
- nie obudzisz się kochanie, podadzą Ci specjalne środki
- ale ja nie zasnę w dzień
- te środki sprawią że zaśniesz, niezależnie od tego czy będziesz śpiąca czy nie
- boję się narkozy
- dlaczego?
- boję się, że umrę…
- nie umrzesz kochanie, skąd taka myśl?
- bo to jak śpiączka, a wtedy często się umiera
- nie kochanie, to coś innego. specjalne środki sprawią, że zaśniesz, a później inne Cię obudzą.
- czy będzie bolało później?
- nie, podadzą Ci leki przeciwbólowe
- czy będę ruszać potem palcami?
- tak, ale na jakiś czas je unieruchomią
- czy wytną mi wszystko jutro?
- nie
- dlaczego?
- bo to tylko pobranie wycinków do badań
- czy to będzie jedyna operacja?
- nie
- będę miała dużą bliznę? nie chcę blizny, blizny są brzydkie.
- postaramy się, by była jak najmniej widoczna.
- powiesz im, że nie chcę blizny?
- tak Kochanie, ale będziesz mieć bliznę na początku.
- boisz się?
- tak Kochanie, boję się, ale dlatego, że mamy tak mają. boją się o swoje dzieci nawet, kiedy wiedzą, że są bezpieczne.
- będę miała sny?
- nie wiem, Ty mi opowiesz
- ile tam będziemy?
- nie wiem, zależy wszystko od tego jak będziesz się czuła
- będę czuła się źle?
- nie wiem Kochanie, na pewno lekarze zrobią wszystko, by było dobrze
- będziesz tam, kiedy się obudzę?
- nie, obudzą Cię i dopiero przywiozą do mnie. pamiętaj, będę czekała na Ciebie
- a Ciocia?
- też oczywiście
- naprawdę?
- oczywiście. będziemy tam przy Tobie, a na pewno przynajmniej jedna z nas.
- dlaczego jedna?
- bo takie są zasady
- głupie zasady
- tak, ale są dla bezpieczeństwa. ale sama nie będziesz.
- a oddadzą mi to co wytną?
- nie, wyślą na badania
- a co z tym zrobią po badaniach?
- nie wiem
- jak to, wyrzucą gdzieś do śmieci kawałek mnie? przecież to ja! moje ciało!
- nie Kochanie, to guz, coś, co i tak trzeba będzie usunąć żebyś była bezpieczna..
- a jak ja będę pisać?
- przez pewien czas nie będziesz.. prawdopodobnie długi, dobrze by było, gdybyś nauczyła się pisać lewą..
- ale ja nie chcę lewą!
- popatrz pozytywnie, będziesz później oburęcznym chirurgiem i będziesz mogła się przyjrzeć pracy takich lekarzy z bliska.
- a niby jak, skoro będę spała?
… trafiony-zatopiony.

by Nikki

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

48 godzin… part1.

13 wrz

Otworzyłam oczy to dużo powiedziane.. uchyliłam nieco powieki i natychmiast poczułam wrzątek wylewający się spod nieziemsko piekącego i opuchniętego czegoś, co mi na nich ciążyło jak dwa kamienie. To uświadomiło mi, że nadszedł nowy dzień, że obudziłam się dokładnie w tej samej parszywej rzeczywistości, w której życie toczy się jak gdyby nigdy nic, kiedy Ty, gdzieś pomiędzy tym wszystkim musisz wstać i czekać na to, co będzie z twoim dzieckiem.

„Pilna lista do pobrania wycinków – trzy miesiące. Ktoś zadzwoni, proszę czekać. Dostanie pani tydzień żeby załatwić skierowanie na operację, i przyjedziecie na wyznaczony termin żeby przyjąć dziecko do szpitala…” . Trzy miesiące. PILNA lista oczekiwania. Później tydzień. Później czekanie na wyniki hist-pat. dwa, trzy tygodnie jak nie będzie dużego obłożenia.. do sześciu ustawowo. Liczycie? Później „zobaczymy co dalej”, ale na pewno kolejna operacja. Usunięcie kości śródręcza. Pytanie brzmi: za ile kolejnych cholernych dni? Pod koniec czerwca Li spadła z roweru. Lekarz sprawdzał i porównywał obie ręce. Wykonał na wszelki wypadek rentgen lewej, w prawej nie widząc NIC podejrzanego. Dwa i pół miesiąca później na prawej widać guz. Może dosyć typowy u dziecka po na przykład mocnym uderzeniu się, ale w środku kryje się duża, pękata zmiana obejmująca całą kość. W dwa i pół miesiąca. A oni każą nam teraz czekać nie wiadomo ile?

Chwilę zajęło mi zanim wyszłam na dom. W ciemnych okularach, zachrypnięta, z naciągniętym na siebie czymkolwiek. Tym razem przynajmniej dałam radę się jakoś trzymać, by i Lu się nie przestraszyła. Czekałam na wyjście z domu jak na zbawienie. Byle tylko poszły już do szkoły, by mieć parę godzin na ogarnięcie.

W drodze powrotnej podjechałyśmy pod aptekę.

- poproszę coś na uspokojenie. mocne. najlepiej chemia, ale takie, żebym mogła prowadzić.. – facet zza lady zmierzył mnie w dziwny sposób. Nie dziwię się, bo pewnie wyglądałam jak na ostrym zejściu i głodzie trzęsąc się, ledwie mówiąc, ze skulonymi ramionami i resztkami wczorajszego makijażu wypływającymi nieustannie spod ciemnych okularów w ciemnej aptece.

- chemia tylko na receptę.

- nieważne. najmocniejsze co można bez.

farmaceuta podszedł do półki i flegmatycznie zaczął wyciągać, i studiować, etykiety z pudełek

-nie, to będzie dla pani za mocne…

zanim dobrze pomyślałam jad i ból wypłynął ze mnie syczącym strumieniem

- ŻADNE ziółka nie są za mocne jak się człowiek dowiaduje, ze jego dziecko ma guza.

- przepraszam, źle się wyraziłem, nie można po tym prowadzić… – tym razem an jego twarzy i w głosie odmalowało się wycofanie i.. zrozumienie obrazka? Błyskawicznie przewertował resztę etykiet kwitując moje przeprosiny za swoją reakcję cichym – rozumiem, proszę się nie przejmować – i podał mi pudełko, połknęłam pierwszą zanim zapłaciłam. Poprosiłam jeszcze o tamto „za mocne”, w końcu Jenn nie prowadzić nie musi, a wolałabym, by jej serce „z przeciągiem” nie zaszwankowało.

Wróciłyśmy do domu. Na komórce odkryłam nieznany numer. Nie wiem, co mnie tknęło by oddzwonić. Może przyzwyczajenie, które przytłumiło rozsądek podpowiadający, że nie nadaję się właśnie na rozmawianie z kimkolwiek?

- Klinika blablablabla, czy rozmawiam z mamą Li?

- Tak

- Został zmieniony dla pani córki tryb przyjęcia na ambulatoryjny, proszę się stawić w piątek o 7 rano w izbie przyjęć, proszę przywieźć skierowanie i rzeczy dla dziecka, bo prawdopodobnie będzie musiało zostać na oddziale. Zrobić morfologię.. nie zdąży pani? Nie szkodzi, zrobimy na miejscu. Teraz najważniejsze, by zrobić to szybko. Proszę postarać się, by Li się nie przeziębiła do piątku, bo nici z zabiegu i terminu… I na czczo! Mamy dwa stoły, prawdopodobnie o 9 będzie jej kolej… Kochana, nie płacz, wszystko będzie dobrze… No, w piątek o 7 i proszę się nie spóźnić! – rozłączyła się zanim pozbierałam myśli i zdążyłam wydukać cokolwiek poza podziękowaniami w kółko jak zacięta płyta. Podniosłam wzrok na Jenn i wydusiłam z siebie:

-mamy termin… mamy… pojutrze!

Dziękując Facetowi Na Górze, w całym chaosie myśli próbowałyśmy poukładać jakiś logiczny plan. Morfologii nie zdążymy zrobić, to oczywiste, ale damy radę ze skierowaniem na zabieg. Ale by je zdobyć, musimy dostać się do przychodni, w której moja mama zna praktycznie każdego… a ona dowiedzieć się jeszcze nie może… nie po serii śmierci na raka w rodzinie na przestrzeni ostatnich trzech lat… w tym niedawno kuzyna.. na raka kości… ale Lu musi mieć opiekę kiedy my będziemy w szpitalu!

Mętlik myśli, telefon do brata, i po raz pierwszy wypowiedziane na zewnątrz słowa:

- Li.. ma guza kości.. śródręcza…

Taka wiadomość dotycząca kogoś bliskiego czy znajomego, a w szczególności dziecka, poraża. Musiałyśmy poukładać parę spraw, i niestety paru osobom powiedzieć… „to niemożliwe, przecież ona nic złego nie zrobiła”, „może to tylko stłuczenie”, „to przez ten wegetarianizm”, „to się dzieciom nie zdarza, dzieci nie umierają”,  ”żartujesz”, „są tacy lekarze co usuwają takie rzeczy bez skalpela”, „eee.. to jej miejscowo znieczulą, mała igła, parę minut i już”…

Kiedy zadzwoniłam do Sis, że będziemy potrzebowały aby ktoś odebrał w piątek Lu ze szkoły, nauczyłam się pytać „co dokładnie właśnie robisz” po tym, jak zatrzymała samochód na środku ulicy w centrum miasta i wysiadła.. jak się okazało później.. 80 metrów od nas, po drugiej stronie budynku…

Jednocześnie przekonałyśmy się, że mamy wokół ludzi, którym na nas zależy, wspierali nas i natychmiast zaczynali poszukiwania najlepszych nazwisk w kraju, klinik.. wiecie jaki świat jest mały? Dostęp do kompletu najlepszych lekarzy, ordynatorów i klinik miałyśmy w zaledwie parę godzin. Do tego wsparcie, rozmowę, wpychaną na siłe pomidorówkę… A my po powrocie do domu, zamiast płakać, zaczęłyśmy się wgłębiać w amerykańską encyklopedię chorób kości i dostępne opracowania medyczne, trzymając się z dala od for i innych „kopalni ludzkich myśli”. Tylko raz wrzuciłam w gogla hasło „dziecko ma guza, jak nie płakać”.. okazuje się, że rodzice nie płaczą chyba.. tylko niemowlaki z powodu kolek..

Ale znalazłyśmy najważniejsze. Nadzieję.

„o cholera, tych tabletek można jedną na dobę” – stwierdziła nagle Jenn studiując ulotkę…

Hmmm… nie liczyłam ich. Ale przynajmniej tego wieczoru zasnęłyśmy…

by Nikki

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zaczęło się tak niewinnie…

13 wrz

- Witaj kochanie, Li coś się stało z ręką. Nie wiem co, ona sama nie wie mówiła coś o drzwiach? Ale boli ją i jest spuchnięta.. – kurcze, po pierwszym dniu nauki spodziewałam się raczej zarazków a nie strat fizycznych, no ale dziecko boli, więc obrałyśmy kierunek na ostry dyżur, zwłaszcza, że właśnie wróciłam z dalszej trasy i było już po 22.

Na klinikach pusto, cicho, więc założyłyśmy, że pójdzie szybko i bezproblemowo, ale dano nam jasno do zrozumienia, że jesteśmy niechcianymi intruzami, którzy powinni grzecznie dnia następnego odbębnić przychodniową drogę przez lekarzy i trafić do chirurga. Podirytowane, w czasie oczekiwania na zdjęcie rentgenowskie wyszłyśmy na papierosa.

Na podjazd dla karetek podjechał karawan, zanim uświadomiłyśmy sobie, że stoimy pod kliniką dziecięcą i makabryczność sytuacji, Jenn rzuciła pół żartem pół serio

- Dobrze, że nie po żadną z nas – i uciekłyśmy co prędzej do środka.

W środku czekali na nas w końcu rozespany młody lekarz i zirytowana naszą obecnością pielęgniarka, ale trzeba było usłyszeć formułkę, że jesteśmy panikary, że dziecku trochę łapka spuchła i mamy jej ocet przykładać. Wchodząc do gabinetu rzuciłam w przelocie okiem na kliszę i poczułam, że miałyśmy rację pojawiając się tu natychmiast. W gabinecie lekarz włożył zdjęcie w podświetloną gablotę i nagle z twarzy pielęgniarki zniknęło zniecierpliwienie..

- Wygląda jakby kość była nadmuchana.. Wygląda że to guz..  Ale.. Ja czegoś takiego jeszcze nie widziałem…

- Moment – mój mózg, rozsypujący się właśnie na miliard kawałków zarejestrował, że Li wciąż stoi przytulona obok nas. Zaczerpnęłam powietrza czując jak bardzo płuca go nie chcą a krtań się zaciska, podciągnęłam kąciki ust w, ostatni na długo, lekki uśmiech - Li, kochanie, poczekaj proszę na krzesełku na zewnątrz..

Kiedy wyszła, młody doktor, wciąż unikając naszego wzroku rzucił coś o konsultacji z kolegą ortopedą i wyszedł szybko a my jak skamieniałe stałyśmy na środku gabinetu niemal nie oddychając i czekając aż wróci i powie, że to wszystko pomyłka, że skonsultował się ze specjalistą i mamy dziecku okładać rękę octem przez parę dni.

Wrócił, niemal tak blady jak my. Najwyraźniej, jak dotąd, nie często musiał przekazywać takie wieści..

- To guz kości. Nie widać jeszcze żeby był złośliwy. Ale będzie trzeba pobrać wycinki by cokolwiek powiedzieć…

Poczułam, że ziemia usuwa mi się spod stóp a ciało robi się płynne próbując wypłynąć całe na raz przez oczy. Dotarłam do kozetki nie bardzo rejestrując nawet te ledwie strzępki, które gdzieś docierały, kiedy pielęgniarka próbowała przekazać Jenn, zakładając jej większą przytomność po tym, że stała dalej o własnych siłach… „pełne uśpienie”, „pilna kolejka trzy miesiące”, „czekać na telefon”, „kartka co z dzieckiem przywieźć”, „czekać”…

O ile strzępy tego wieczoru nieco pamiętam, choć w większości przypomniane mi przez Jenn, to naprawdę nie wiem jak ocierałam twarz, sądząc, że ukryję przed dzieckiem swój stan, jak wyszłyśmy z gabinetu, jak Li przytuliła się do mnie i powiedziała tylko

- mamo, chodź…

Do domu jechałam jak robot.. kierunkowskaz, spojrzenie w lewo, do ronda, na prawo, prosto, łuk w lewo, prosto…

- Nikki oddychaj! I zwolnij..

- Jadę przecież normalnie – zerknęłam na licznik. 120 w mieście to nie jest normalnie, ale w tym momencie potrzebowałam wyłącznie dowieźć je do domu, dopóki byłam w stanie prowadzić i tylko łzy spływały wciąż ze mnie, jak kwas parząc skórę

Mózg automatycznie odciął wszystko prócz tego, co było niezbędne. Myślenie o czymkolwiek poza odliczaniem sekund aż młoda wejdzie do domu i zniknie na powrót w swoim łóżku, bym mogła uciec za sąsiedni, pusty dom, i tam dopiero wypuścić wszystkie duszące emocje.

Była niemal druga w nocy a my pozostałyśmy same w ciemnościach, z największym strachem jakiego do tej pory doświadczyłyśmy. Strachem o dziecko, o jej dłoń, o jej przyszłość, o jej zdrowie, a kto wie, może nawet o życie.

Nie wiem jak zasnęłam.. wiem, że zbliżał się poranek i że zbudziłam się na mokrej poduszce z łzami płynącymi bez chwili przerwy i ból każdej komórki natychmiast uświadomił mi, że to nie był tylko senny koszmar. Wyszłam z sypialni w okularach przeciwsłonecznych tłumacząc się zapaleniem spojówek, bo to, co zobaczyłam w lustrze nie przypominało twarzy a tym bardziej oczu. Dziękowałam Bogu, że właśnie zaczął się rok szkolny, bo wiedziałam, że zawiozę dzieci do szkoły a w drodze powrotnej wstąpię do apteki po coś na uspokojenie.. Nie wiedziałam jeszcze, że wtedy może i ciało nieco się uspokoi, ale zacznie pracować mózg, analizując to, czego kilka godzin wcześniej nie był w stanie do końca do siebie dopuścić…

 

by Nikki

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • Facebook