RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2010

stara szkoła, nowa klasa.

30 kwi

a co, idźmy za ciosem ;)

byłam chwilę temu w szkole Troli naprawić błąd, który popełniłam pół roku temu ustępując nauczycielce i dyrektorowi, i zamiast przenieść dziecko do klasy równoległej, zgadzając się na opcję „popracujmy nad relacjami”.

dwa tygodnie temu klasa Lu wyjechała na zieloną szkołę. Lu nie pojechała, ponieważ uznałyśmy, że nie mamy wystarczająco dużego zaufania do tego co się będzie działo jak dziecko będzie dwa tygodnie z daleka od domu z nauczycielką do której mamy sporo zastrzeżeń i z klasą z którą nie jest zżyta od ośmiu miesięcy.
naszą młodą na te dwa tygodnie umieszczona w klasie równoległej i nagle nam dziecko odżyło. wracała do domu uśmiechnięta, rozgadana, opowiadała o wszystkim ze szczegółami. przestała mieć wieczną depresję, którą już byłyśmy gotowe podpiąć pod burze hormonalne a lekcje odrabiała z zapałem.
patrzyłyśmy na siebie zdumione i szczęśliwe.
parę razy rozmawiałyśmy z nią o różnych opcjach i dziś decyzja zapadła.
pojechałam do dyrektora.
chwaliłam już dyrektora tej szkoły?
facet bardzo młody, energiczny, miły, zawsze znajduje czas dla rodziców. szkoła jest doinwestowana, ciągle unowocześniana, w bibliotece komputery z internetem, lekcje etyki i informatyka na macach, ale bez zbędnych drogich podręczników.
nawet zbyt długo nie rozmawialiśmy. krótko przestawiłam sprawę i uzasadnienie, i dyrektor sam stwierdził, że dziecko jest najwazniejsze, i skoro mu tam lepiej to nie ma co czekać do końca roku szkolengo, mam się niczym nie przejmować, tylko po weekendzie wysłac Lu do nowej klasy a oni do tego czasu już wszystko w papierach załatwią.
a że z nauczycielką tej klasy rozmawiałam dziś przed lekcjami, i jestem równie optymistyczna jak Lu, jej stara pani dostanie podziękowanie i kwiatka na przedwczesne rozstanie ;)

pzdr.
by Nikki

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

matka wie lepiej?

29 kwi

pytacie w komentarzach czy wszystko w porządku i gdzie my tyle czasu.
przeczucie?
fakt, do niedawna w porządku było, ale parę dni temu wylądowałyśmy z Li w szpitalu.
ale od początku.

nasz maleńki skarbek zaczął się skarżyćna ból brzuszka. cóż, tego dnia miałyśmy w ogrodzie piknik, grill,  a więc rzeczy ciężkostrawne, mimo, że Ona wegetarianka.
Jenn zaparzyła dziecku miętę. chwile później ja sprzątałam tę miętę z całej kuchni po tym, jak Li odstawiła „egzorcystę”.
pomyślałyśmy, że może złapała grypę żołądkową, bo my jakiś tydzień wcześniej niewyraźnie się czułyśmy ze strony przewodów pokarmowych. rotawirus, normalna rzecz, trzeba przeczekać. więc maleństwo poszło spać.
spać jak się później okazało tylko w teorii.
mimo podawania środków przeciwwymiotnych noc była dość dramatyczna. na tyle, że o 4 nad ranem zawiozłyśmy zmarnowanego Trola na ostry dyżur.
i tu zaczęło się tango.

wiecie jak wygląda ostry dyżur dziecięcy?
podchodzicie do zamkniętych drzwi i naciskacie dzwonek. po pewnym czasie wiszenia na nim otwiera zaspana pielęgniarka i wpuszcza do środka. dziecię leży na kozetce, płacze i zapełnia kolejne „nerki” zawartością swoich trzewi, a pielęgniarka robi Wam wykład, że zapomniałyście zabrać legitymacji szkolnej.
po piętnastu minutach klepania w komputer nadchodzi pora na następną niespodziankę. dostajemy skierowanie na zrobienie gazometrii i ogólne instrukcje… jak dotrzeć do labolatorium na drugim końcu szpitala.
parę minut dobijania się do wszystkich drzwi wokół pomieszczenia do którego mamy trafić, aż znajduję kogoś nie śiącego, kto pobiera jej z palca odrobinę krwi, kwadrans czekania na korytarzu bez krzesełek na wynik. dobrze, że znalazłyśmy szeroki parapet, było gdzie położyć cierpiące dziecko.
złapałam kogoś z zapytaniem o wózek. owszem, mogę wziać, ale znów trzeba by przejść kilka korytarzy. biorę więc ośmioletnie dziecię na ręce i zanoszę spowrotem na dziecięcy.
dzwonek. w końcu ktoś otwiera. wchodzimy do pustego gabinetu, Li od razu pokłada się na kozetce.
przychodzi inna pielęgniarka i każe nam wyjść na korytarz z drewnianą ławką. dziecię protestuje resztką sił, więc olewamy pielęgniarkę zakładając, że w pustej izbie nikomu nie zawadzamy.
po piętnastu minutach, podczas których Li zdążyła zasnąć, ja zresztą też byłam tego bliska, wróciła „nasza” pielęgniarka, sprawdziła wyniki i wyszła. kolejne 20 minut później, podczas których zdążyłam już przewędrować oddział w poszukiwaniu lekarzy na własną rękę, zjawila się lekarka i obmacala dziecku brzuch. stwierdziła, że wyniki są w normie, więc nic dziecku nie jest, ale może ją przyjąć jak chcemy, ewentualnie możemy jechać jeszcze skonsultować ją chirurgicznie. całość niczego trwała DWIE GODZINY.
więc pojechałyśmy do innego szpitala.

tu już spotkałyśmy się od razu z lekarzem. mało miłym jak na oddział dziecięcym, oświadczył, że dziecko ma „strzelić gola” żeby je wogóle zbadał. założony został czopek i wędrowałyśmy z dzieckiem po korytarzu. żadnego efektu. drugi. dziecię, zmuszane, czołgało się już z bólu po krzesłach. pozwoliłyśmy jej się położyć się nam na kolanach i masowałyśmy jak niemowlaka. zebrałyśmy od pielęgniarek.
znów zaczęła wymiotować, „gol” też wyszedł, po czerech godzinach czekania, w trakcie których zrobił się tłum do planowych przyjęć, zaproszono nas ponownie do gabinetu i zdiagnozowano atak wyrostka. było już po 10.

powędrowałyśmy na górę, na oddział. dostałyśmy pidżamę, łóżko i wenflon w łapkę. zrobiono Li w końcu normalne wyniki i podłączono kroplówkę. później drugą, i trzecią. w międzyczasie dziecię wyłapało już o co chodzi z „piciem przez rurkę” [kroplówką] jak czuła pragnienie, domagała sie kolejnego woreczka ;)
około południa widać już było, że to nie sprawa operacyjna i raczej nie wyrostek, co potwierdziły wyniki badań, więc zaczęłam krążyć w poszukiwaniu informacji co dalej.
cóż. jak się okazało, nic dalej, tylko z 24godzinnej obserwacji zrobiła sie trzydniowa obserwacja. pózniej i z tego zrobiło się trzy dni wyłącznie na kroplówkach [nawet bez łyka wody], później może sucharek, minimum tydzień w szpitalu, a jedyne badanie to obmacanie brzuszka dwa razy dziennie.

i tu zaczęłam mieć coraz większego jeża, bo perspektywa tygodnia na drewnianym krzesełku w wieloosobowej sali przy teoretycznie zdrowym acz głodzonym dziecku, bez żadnych badań ani szukania przyczyn nocnego ataku średnio mi się podobała.
gwóźdź do trumny naszego pobytu dobił lekarz spycholog z którym miałam ścięcie w tonie „czyli współpraca o jakiej pan mówi ma wyglądać tak, że rodzic ma się zamknąć to po tygodniu może dostanie wypis bez konkretów a jedyne informacje to te, które wyłowi z medycznego bełkotu między medykami na obchodzie?” [cytat dosłowny]

skorzystałam więc z opcji „telefon do przyjaciela”. przyjaciela lekarza specjalizującego się w brzuchach.
przyjaciel zadzwonił do ordynatora oddziału, i o poranku nagle na moment wszystko się zmieniło. i dzięcię nagle okazało się jakieś zdrowsze na tyle, że mogło zacząć pić nie tylko kroplówki, a nawet sucharki jakieś się do diety zaplątały, i usg brzucha nagle pojawiło się w zaleceniach, i lekarze jakoś przestali uprawiać spławianie matki na księżyc..
ale ponieważ w badaniach nadal nic nie wyszło, a konsultacji gastrologicznej nie można było na chirurgię załatwić, a dziecię żywe, żwawe, z apetytem i nadaktywnością, po upewnieniu się co do bezpieczeństwa małej, postanowiłam nie zajmować dłużej łóżka na przepełnionym oddziale i załatwiłam dziecięciu prywatną konsultację w innym mieście.

wypisałyśmy się i pognałyśmy autostradą w poszukiwaniu zdrowia.
i to był strzał w dziesiatkę.
okazało się, że nasze maleństwo według wyników jest, cytuję „zdrowe jak koń”, wciąż odwodnione, czym nikt w szpitalu się nie przejmował [mimo, że dopytywałam o sprawdzenie tego, odpowiedziano mi, że wyniki przysługują tylko przy przyjęciu albo w razie problemów], a w  jelitach zrobił się zator i jest tam z nimi jakiś problem, którego bynajmniej by prowadzona w szpitalu kuracja nie rozwiązała. ba. zwlekanie ze znalezienim przyczyny w tym stanie, mogłoby wręcz zaszkodzić.

u specjalisty wdrożono nam od razu leczenie, zalecenia dietetyczne na najbliższe dni i co mamy robić przez najbliższe miesiące, by uniknąć powtarzania się problemów. i odesłano z błogosławieństwem do domu :)
na tę chwilę Li czuje się już dobrze, jeszcze jest w domu do końca tygodnia i już wczoraj zaczęła jeść lekkie rzeczy inne niż sucharki.

nadmienię tu też tylko jeszcze, że jak zwykle byłyśmy tam obie z Jenn oficjalnie, i nikt nigdzie nie robił problemów ani odnośnie bycia z dzieckiem w gabinetach, ani przekazywania informacji ogólnych Jenn kiedy ja na chwilę wyszłam, ani jej ewentualnego pobytu zamiast mnie przy dziecku na oddziale, ani wizyt po oficjalnych godzinach. podobnie Jenn oficjalnie wpisałam do dokumentacji jako osobę upoważnioną do uzyskiwania informacji i odebrania dziecka, gdybym ja z jakiś powodów nie mogła dotrzeć.
nawet lekarka od usg, która podobno nigdy nie pozwala byc rodzicom przy badaniu, jak próbowała mnie wyrzucić z gabinetu, skapitulowała po parokrotnym, acz uprzejmym, zapytaniu „DLACZEGO?”. tak. niełatwo jest mnie spławić, zwłaszcza kiedy chodzi o dobro dziecka.

doszłyśmy jednak do wniosku, że wciąż zaniedbaną mamy jedną sprawę urzędową. musimy czym prędzej podpisać wzajemne akty notarialne o decydowaniu w sprawach medycznych w przypadku utraty przytomności którejś z nas [tfu tfu] bo o ile pracują tam ludzie, którzy problemów nie robią póki mogą, to kiedy wtrąci się prawo, warto takie dokumenty przy sobie mieć.
i wiem już, gdzie przekażę mój 1%.
na fundację walczącą o to, by ludzie w szpitalach przestali być traktowani jak przedmioty. zwłaszcza takie , których można nie karmić, nie badać w sposób wymagajacy nakładów finansowych, nie szukać dalej przyczyn problemów jak wykluczy się pierwszą diagnozę, ale można je trzymać jak długo się chce czy mają na to zdrowie i czas.
wiem jak boli atak  jelitowy. nie można się ruszyć, wyprostować, a nawet myśleć z bólu.  jak pomyślę, że mojemu maleństwu w tym stanie kazano tyle chodzić i stwierdzano nam, że jesteśmy przewrażliwione, i mamy przestać się rozczulać, to mnie szlag trafia.
więc słuchajcie instynktów, kiedy trafiacie w bezduszne machiny, a serce i dusza Wam się buntuje przeciw temu co się wokół dzieje.

pozdrawiam po długim milczeniu, Nikki z domowego szpitala ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • Facebook